FELIETON NR 15  12 LISTOPADA 2006

 

Pomoc dla Mołdawii

 

Plackart to otwarty wagon z miejscami do leżenia. Mam na bilecie wyraźnie napisane, że śpię w zamkniętym 4-osobowym sypialnym, w wagonie numer 25. Ale on nie istnieje. Nadzorca wagonu w rozchełstanej bluzie a'la Czapajew, bezradnie rozkłada ręce. Jeszcze mu nie wierzę. Idę wzdłuż długaśnego pociągu i ze zdumieniem odczytuję tabliczki na wagonach – Lwów, Kijów, Moskwa, Odessa. I rzeczywiście jeden - Kiszyniów.

Nie jadę w tą 1000-kilometrową podróż sama, lecz w grupie. Wybieramy się tak daleko z wizytą studyjną polskich organizacji pozarządowych w ramach projektu - „Jakiego partnera potrzebuje Mołdawia?”, z programu Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności.

Ja i Victoria Dunaeva jesteśmy dziennikarkami obytymi ze wschodnimi niespodziankami. Ale pozostała 13-stka z niemal całej Polski, jest wyraźnie przestraszona. Z niedowierzaniem dotykają sienników i koców pamiętających czasy pieriestrojki. Dziwi ich bezceremonialność pograniczników, swoboda miejscowych i nieustanne zamykanie toalet. Z szczelnego wagonu, pod bacznym okiem prowadnika trudno uciec, czyżby okno w toalecie było ostatnią ostoją wolności?

 Po spędzeniu doby z nakładką w pociągu, dojechaliśmy wreszcie do celu. Kiszyniowski Dom  Pracy wita nas ciepłem i dobrą kolacją. Wokół obcojęzyczny tłum. Obserwatorzy europejscy, Korpus Pokoju i my. Amerykanie, Polacy, Hiszpanie, Francuzi, Włosi. Wszyscy cudzoziemcy skupieni w jednym miejscu. Z prozaicznego powodu. Tylko tutaj i w gmachach rządowych włączono ogrzewanie. Mołdawianie mogą liczyć na ciepło, gdy będzie solidnie poniżej zera. Musimy się wyspać, bo od rana czeka nas sporo pracy - wykłady i wizyty.

Radu Gorincioi z centrum informacji wprowadza nas w tematykę miejscowych organizacji pozarządowych. Mołdawia ma nowoczesne ustawodawstwo gwarantujące nie tylko swobodę zrzeszania się, ale także przywileje dla organizacji działających na rzecz pożytku publicznego. Ale przed tutejszym sektorem pozarządowym stoją wielkie wyzwania: przełamywanie pasywności społecznej, walka z korupcją i nepotyzmem, radzenie sobie z kryzysem rodziny, spowodowanym masową emigracją zarobkową, łagodzenie skutków powszechnego zubożenia, modernizacja wsi, ochrona praw obywatelskich, edukacja europejska.

Po nietypowym obiedzie - jemy tutejszy przysmak mamałygę – takie nasze puree, tylko że z kukurydzy – wyruszamy w pierwszą podróż studyjną.

 Rano jedziemy marszrutką czyli busikiem do Kiszyniowa, najszybszym i najwygodniejszym tu pojazdem, za 3 leje od łebka (30 centów USA). Marszrutek w stolicy jest całe mnóstwo i zatrzymują się na wyciągnięcie ręki. Wokół pełno zieleni i białe blokowiska na wzgórzach. To największe budowle w całej Mołdawii. Jest piękna pogoda, wieżowce odbijając słońce, stwarzają iluzję niezwykłej poświaty. Wjeżdżamy w starszą, jednopiętrową część miasta – pod niepozorny budynek dziecięcej fundacji „Clipa Siderala”, której twórcą i prezesem jest Salawat Żdanow. W przeciwieństwie do Ministerstwa, nie jest ogrzewana i mieści się w niepozornej przybudówce obok zwykłego bloku mieszkalnego. Ale ile tu żaru i serca! Wszyscy szalenie mili i gościnni. Na stołach miejscowe przysmaki, słodycze, owoce, pyszna kawa i herbata. Młodzież przygotowała dla nas specjalne przedstawienie, które przybliża nam formy działania fundacji. Potem na dowód, że to prawda wyświetlili jeszcze filmy ze swoich akcji. Szefowie placówki to absolutnie narwani społecznicy. Nie liczą czasu, użyczający gdy trzeba własnych samochodów, szkolą wolontariuszy. Co roku robią wielką akcję dla wszystkich maluchów w Mołdawii o nazwie „List do Św. Mikołaja”, polegającą na osobistym odpowiadaniu na życzenia dzieci, na oryginalnej, specjalnie zaprojektowanej papeterii. Organizują dziecięce spartakiady sportowe i letni obóz na Krymie dla młodzieży. Byli producentami własnego programu w mołdawskiej telewizji propagującego zdrowy tryb życia. Do najbiedniejszych zakątków kraju jeździli tzw. świątecznym karawanem z podarkami i specjalnym przedstawieniem. Kiedyś robili to za darmo, siłami wolontariuszy. Teraz wspomagają ich prywatni sponsorzy, których niestety nie mogą nigdzie reklamować. Działa takie bezduszne prawo, choć może wkrótce się zmieni.

Koniecznie musimy zanurzyć się w tutejszy krajobraz i codzienne życie. Pomaga nam w tym Irina Mazurian z prywatnego tygodnika „Kiszyniowskie nowosti”. Jesteśmy strasznie podekscytowani, bo zawiezie nas na jeden z największych wschodnich bazarów, w tej części Europy. Kilka hektarów powierzchni, tłum wieloetniczny i wielokulturowy - Ukraińcy, Białorusini, Rosjanie, Azerowie, Ormianie, Bułgarzy, Cyganie, prawosławni Turcy – Gagauzi. Kupić i sprzedać można wszystko.

Mnie zafascynowała hala dziwnych przypraw i zakąsek. Jadłam przyrządzoną na ostro morską trawę z Korei, kiszonego arbuza, marchewkę i seler z chili, besarabski wędzony ser topiony, granaty z kilkoma rodzajami oliwek, przeźroczyste płatki suszonej ryby, pastę z bakłażanów. Zafascynowała mnie waląca po uszach arabska muzyka i gadające czarne zegarki sprzedawane po 50 lei. Po przyciśnięciu odpowiedniego guzika, po rumuńsku lub rosyjsku podawały na głos godzinę. Zwiedziłam jeszcze halę rybna i serową. Połowę tutejszych produktów pierwszy raz widziałam na oczy. Oszołomiona dałam się dalej prowadzić Irinie, wraz z naszą grupą, na tutejszy Arbat. A tu mydło i powidło. Koszmarne malowidła, biżuteria, szkatułki, wańki wstańki - bezguścia rodem z Rosji i Ukrainy. Jedynie ładne, choć drogie, w naiwnym stylu wyszywane ręcznie mołdawskie makatki, które u niektórych z nas znalazły chętnych nabywców.

Na głównej ulicy Stefana Wielkiego, w centrum Kiszyniowia wśród salonów najlepszych marek samochodowych, odzieżowych i obuwniczych, z azjatycką elektroniką czy drogimi kosmetykami, przechadzają się biedni i bogaci. Nigdzie w Europie nie widziałam takich kontrastów. Wymuskane, chichocące pary i staruszkowie w zdartej odzieży, przepasani workami na sznurkach. Białe kołnierzyki i przygarbiona kobiecina w chuście na głowie. Podlotek z komórką na szyi i czterdziestolatek w wytartej kurtce. Twarze smutne i wesołe, ruchy szybkie i powolne, głosy krzykliwe i ściszone. Jak z jakiegoś dziwnego filmu.

 Nie przyjechaliśmy tu tak sobie. Ale po to, by poznać i pomóc organizacjom pozarządowym Mołdawii. Najlepiej pisząc wspólne projekty, na które nam łatwiej o unijne fundusze.

Tutejsze organizacje pozyskują pieniądze z Fundacji Sorosa - ale już w mniejszym stopniu niż kiedyś, z UNICEFu, Canada Fund, z niewielkich grantów rządowych, ambasady USA oraz programów europejskich Phare i Tacis. Jest ich tutaj 3,5 tysiąca, ale aktywnie działa tylko 300. Te najlepsze pozyskują rocznie od 3 do 5 tysięcy dolarów na swoją działalność.

W ostatni dzień naszego pobytu zasiadamy do swoistego okrągłego stołu. Każda organizacja z Polski dobiera sobie partnera mołdawskiego. Zaczyna się 8-godzinna praca w grupach. Ramię w ramię obrońcy praw człowieka i strażnicy standardów demokracji. Liderzy lokalnych grup obywatelskich, organizacje edukacyjne i te walczące z ubożeniem społeczeństwa. Fundacje pomagające dzieciom i wspierające rozwój gmin. Stowarzyszenia wspierające integrację z UE i popierające rozwój inicjatyw społecznych.

Nawet ja z roli obserwatora zostaję zobowiązana do korekty niesprawiedliwych opinii o Mołdawii. W europejskiej prasie ukazywały się artykuły pisane wyłącznie w kontekście masowej, nielegalnej imigracji seksualnej kobiet, handlu dziećmi i narządami. Ion Oboroczanu, z Centrum Przestrzegania Prawa w Keuszen, monitoruje to zjawisko od kilku lat, mówiąc:

„Proceder z roku na rok maleje, ludzie dzięki nam już wiedzą, że pośredników (biorących od 3 do 4 tysięcy euro od łebka) zachęcających do pracy zagranicą trzeba gruntownie sprawdzać, nie wolno oddawać paszportów w obce ręce, najlepiej wyjeżdżać w miejsca sprawdzone i rekomendowane przez niektóre instytucje biznesowe, rządowe i pozarządowe. I co najważniejsze w ekstremalnych warunkach nie należy bać się policji i prosić ją o pomoc – nawet za cenę deportacji. Chyba to lepsze niż seksualne obsługiwanie co noc 15 Turków, niewolnicza praca mężczyzn w Serbii, na Cyprze, we Włoszech, w Niemczech, czy pokazywanie naszych dzieci w pedofilskich filmach. Oczywiście, że USA ciągle uważa nasz kraj za najgorszy w statystykach handlu ludźmi, ale to się zmienia (co roku, zagranicą ginie bez śladu 750 Mołdawian). Największy sukces osiągniemy, gdy nasz rząd wreszcie dogada się z policjami krajów naszej emigracji, o skuteczne ściganie handlarzy żywym towarem. Mam nadzieje, że to wkrótce nastąpi”.

 

Grażyna Kurowska